Kraków II

Wbrew przyjętemu systemowi publikowania postów przedstawiam moją ostatnią "podróż".
Czy jest takie miejsce na ziemi, takie miasto, w którym wiesz, że chcesz zamieszkać?
Tak - w moim przypadku zdecydowanie jest to Kraków, nie wiem czy spowodowane jest to bardziej ogromnym sentymentem, czy też urokiem tego miasta, ale wiem, że kocham tu przebywać. Ostatnio odkryłam, że pomimo wielkości tego miasta, nie mam wcale problemu ze swobodnym przemieszczaniem się po nim, każdy krok jest naturalny, nie potrzebuję mapy, żeby się nie zgubić.



Sprawy zawodowe przekierowały mnie na tydzień do Krakowa. Nie będę ukrywać, że bardzo mnie to ucieszyło, bo uwielbiam to miasto. Poza obowiązkami szkoleniowymi miałam też na szczęście czas na przyjemności w postaci zwiedzania Krakowa.

Pierwszego dnia przyjechałam dopiero wieczorem, ale nie mogłam sobie odpuścić choćby krótkiego spaceru nad Wisłę.
W jedną stronę rzekę pokonałam mostem Józefa Piłsudskiego. Jest to najstarszy kompletny most drogowy, który przetrwał
do dnia dzisiejszego, otwarto go 19 stycznia 1933 roku i od tamtej pory łączy Kazimierz z Podgórzem. Zwany jest także Drugim Mostem, Czwartym Mostem, bądź też Żółwim Mostem, albo po prostu Żółwiem. Jego budowa sfinansowana została
z funduszy miejskich oraz przez samych obywateli, którzy za korzystanie z przeprawy wnosili opłaty, przykładowo: 5 groszy
za przeprawę pieszo lub ze zwierzęciem, 10 groszy furmanką, a 20 groszy samochodem. Niestety II wojna światowa nie oszczędziła mostu i w roku 1945 (prawie w 12 rocznicę powstania) został on wysadzony przez wycofujące się wojska hitlerowskie. Po wojnie na czas rekonstrukcji został tymczasowo zastąpiony przez drewnianą kładkę. Do ponownego użytku oddano go w 1948 roku nadając nazwę - Most Kościuszki, a mniej oficjalnie nazywając Drugim Mostem. W pamięci obywateli Krakowa przetrwał jako Most Piłsudskiego - oficjalnie jednak dopiero w 1990 roku przywrócono mu tę nazwę. Obecnie most jest jednym z obiektów na trasie Krakowskiego Szlaku Techniki, można go pokonać pieszo, rowerem, samochodem ale również tramwajem, gdyż przez jego środek biegną tory tramwajowe.




Drogę powrotną pokonałam Kładką Ojca Bernatka. Jest to przeprawa piesza i rowerowa, łącząca, tak jak Most Piłsudskiego, Kazimierz z Podgórzem. Jest to dzieło młode na tle innych krakowskich mostów, gdyż otwarty został 30 września 2010 roku. Z założenia jedna strona przeznaczona jest dla ruchu pieszego, druga natomiast dla rowerowego, w praktyce jednak obie strony są użytkowane zarówno przez spacerowiczów, jak i przez cyklistów. Kiedyś w tym miejscu stał most Franciszka Józefa, zwany też Mostem Podgórskim, jednak został on rozebrany w 1925 roku z powodu złego stanu technicznego. Później zbudowano w zastępstwie mostu drewnianą kładkę, a za przejście przez nią zbierano opłaty. A teraz stoi w tym miejscu bezpłatna i nowa Kładka Ojca Bernatka.




Kładka stała się miejscem zakochanych - Mostem Miłości Na barierze mostu zapięto już setki kłódek z wypisanymi, a nawet wygrawerowanymi na nich imionami, inicjałami, wyrazami miłości, datami. Zakochane pary wieszają kłódkę na moście, zatrzaskują ją, po czym wrzucają kluczyk do Wisły na znak, że ich uczucie pozostanie nierozerwalne do końca życia.  Nocą kładka bajecznie podświetlona w kolorach czerwonym i niebieskim, wygląda zjawiskowo.




Jednego popołudnia wybrałam się na zwiedzanie miasta, w planie miałam Wawel i Stary Rynek, wycieczka się udała,
a po powrocie okazało się, że pokonałam pieszo prawie 15 kilometrów.

Wawel - miejsce, w którym mogłabym spędzić cały dzień, wcale nie na zwiedzaniu wszystkich udostępnionych miejsc, tylko zwyczajnie siedząc tam i podziwiając. Ale żeby się dostać dostać trzeba pokonać najpierw schody przy Baszcie Sandomierskiej wzdłuż muru, na szczęście nie jest to wcale męczące.




Swoje pierwsze kroki na Wawelu pokierowałam oczywiście na Arkadowy Dziedziniec, trafiłam akurat na porę kiedy nie było tam prawie wcale zwiedzających, więc wykorzystałam tę chwilę do zrobienia kilku zdjęć i posiedzenia sobie w ciszy. Nie wiem co za magia jest w tym miejscu, ale bardzo je lubię.







Następnie obeszłam cały plac dookoła i pobawiłam się trochę w nadwornego fotografa. Muszę przyznać, że jakoś nigdy nie przykładałam się do robienia zdjęć, zawsze pstrykałam ich sporo ale tak tylko żeby je mieć, natomiast teraz sprawia
mi to wiele frajdy.






Postanowiłam opuścić Wawel innym wyjściem, czyli Bramą Herbową. Tutaj przy bramie stoi pomnik Tadeusza Kościuszki, który został całkowicie zniszczony w trakcie II wojny światowej, a następnie mieszkańcy Drezna przekazali go po rekonstrukcji w darze dla Krakowa i tak powrócił na swoje miejsce. Upamiętnieniem tego jest tablica z napisem: "Pomnik Tadeusza Kościuszki zniszczony przez hitlerowców w roku 1940 odbudowało społeczeństwo miasta Drezna w roku 1960". Jasne prostokąty widoczne na murze, to płytki z wyrytymi na nich nazwiskami upamiętniające ofiarodawców datków na odnowę zamku.





Z Wawelu pokierowałam się na Stary Rynek. Tam akurat rozstawiano sceny na Światowe Dni Młodzieży. Jak zwykle przywitał mnie tłum ludzi, ale tutaj wcale mi to nie przeszkadzało. Obeszłam oczywiście cały Rynek dookoła i przeszłam przez Sukiennice. Nie jestem typem zakupoholiczki i nie przyciągają mnie żadne świecidełka, więc nie wyszłam z Sukiennic
z siatami wypełnionymi po brzegi.









Odwiedziłam też ulicę Szewską i Floriańską. Zakończeniem jednej z najbardziej znanych ulic w Krakowie jest Brama Floriańska, która stanowi pozostałość po dawnych murach miasta i jest jedną z ośmiu bram obronnych Krakowa.



Za bramą natomiast stoi Barbakan zwany też Rondlem, budowla z końca XV wieku, został wzniesiony dla ochrony północnego odcinka fortyfikacji Krakowa. Wewnątrz obiekt był praktycznie pusty, a wszystko to po to, żeby w razie zagrożenia można było zgromadzić w środku liczne wojsko. Według najnowszych ustaleń historyków Barbakan był obiektem nie do zdobycia
do końca XVIII w. Obecnie Barbakan jest oddziałem Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Wykorzystywany jest jako miejsce ekspozycji różnorodnych wystaw, jako arena walk sportowych np. mistrzostw Polski w szermierce bądź historyzowanych walk rycerskich i tańców dworskich.



Drogę powrotną pokonałam przez planty i postanowiłam jeszcze obejść Wzgórze Wawelskie przy Wiśle. Jak wiadomo tam właśnie stoi Smok Wawelski ziejący ogniem, a tuż przy nim znajduje się jego jama.



Ostatniego dnia, po zakończeniu szkolenia, zdaniu egzaminu, czekając na środek transportu, poszłam na Rynek. Usiadłam sobie na murku przy Sukiennicach, słuchałam koncertu młodych ludzi z okazji Światowych Dni Młodzieży i przyglądałam się dzieciom karmiącym gołębie, gdy nagle w głowie pojawiła mi się pewna myśl: "A gdyby tak rzucić to wszystko i przenieść się do Krakowa...?" Sama się sobie zdziwiłam, bo generalnie nigdy nie byłam za tym żeby mieszkać w dużym mieście, nigdy nie lubiłam zakorkowanych ulic i tłumów ludzi na chodnikach - a tu nagle taki pomysł. Ta myśl jest ze mną do dziś, gdzieś tam dalej sobie kiełkuje w głowie, chociaż nic w związku z nią nie zrobiłam, wszystko jest po staremu. Ale...nigdy nie mówi nigdy, bo nie wiadomo co los przyniesie.


 Gdy tak siedziałam na Rynku wybiła godzina 16 a w oknie Wieży Mariackiej pokazał się trębacz grający hejnał.


Tak zakończył się mój tygodniowy pobyt w Krakowie, wróciłam do domu z apetytem na więcej takich wyjazdów.


Komentarze

  1. Ja w Krakowie byłem ostatnio w zeszłym roku i chyba w tym wybiorę się znowu. Ostatnio nocowałem w Hotelu Secesja na Kazimierzu i powiem Ci, że na prawde mają tam fajny standard i bardzo niewygórowane ceny za nocleg więc moim zdaniem warto się u nich zatrzymać

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz