Ustka

Od początku prowadzenia bloga mam taki zamysł, żeby opisywać wszystkie większe podróż w miarę chronologicznie, póki
co więc cofam się w czasie i wspominam, natomiast wycieczki teraźniejsze są już opisane i czekają na publikacje - mam nadzieję, że już niedługo się na nią doczekają. Ostatnio czasu jakby mniej, bo przede mną bardzo ważne wydarzenia - ale
o tym kiedyś. Czasami zdarza się, że nie mam w ogóle weny, siadam przed komputerem i chciałabym coś napisać a pomysłu brak, ale na szczęście częściej bywa tak, że pisze mi się bardzo lekko - co mnie osobiście bardzo cieszy. Nigdy nie byłam humanistką, zawsze o wiele lepiej czułam się w przedmiotach ścisłych i zakładając bloga zastanawiałam się jak pójdzie mi pisanie, czy będzie to miało jakiś ład i skład czy też każde zdanie będzie oderwane od kontekstu. Mam nadzieje, że jednak jest w miarę ok, ale nie mnie to oceniać, tylko Wam, którzy to czytacie. Ostatnio zapytałam mojej drugiej połówki jak mu się podoba blog, powiedział że spoko, a ja na to: "Ale spoko-fajnie czy spoko-ujdzie?", nie zgadniecie co dostałam
w odpowiedzi..."Jak jest fota bestii to jest zaj...sty". Czyli generalnie wszystko jasne.

Przesuwając się bardziej na zachód w roku 2012 trafiliśmy do Ustki - było to 10 dni całkowitego odpoczynku. Wcześniej trochę baliśmy się tego miasta, ale zaskoczyło nas ono bardzo pozytywnie. Znaleźliśmy świetną kwaterę blisko plaży i centrum,
ale w bardzo spokojnej uliczce z dala od tłumów. Wprost wymarzone miejsce, jedynym tylko problemem były wszędobylskie mewy, które w pierwszą noc nie dały nam spać, natomiast za dnia musieliśmy wycierać auto z pozostawionych przez nie niespodzianek. Tuż za rogiem natrafiliśmy na bardzo fajny bar z domowymi świeżymi obiadami w przyzwoitej cenie - Kwadrans. Pogodę mieliśmy cudowną, myślę, że gdybyśmy planowali wyjazd patrząc na prognozy, to nigdy byśmy tak nie trafili. Chociaż wtedy tubylcy opowiadali, że są to pierwsze tak ładne dni od czerwca, a my byliśmy tam w połowie lipca.










Pierwszego dnia pobytu, jako że pogoda nie zapowiadała się plażowa, wybraliśmy się spacerkiem na zachodnią część Ustki, żeby zobaczyć tzw. trzecie molo. Obeszliśmy cały port dookoła i dostaliśmy się na zachodnia plażę, a tam spokój jakby
to w ogóle nie były wakacje, jakby wszyscy wczasowicze ulokowali się na wschodniej części miasta. Wtedy jedyna opcją przedostania się na zachodnią część miasta było obejście portu bądź też przepłynięcie małą łódeczką oczywiście za opłatą. Rok później dla ułatwienia życia turystów zbudowano ruchomą kładkę, która miała być otwierana o pełnej godzinie na 15 minut. Tak "miała" bo niestety nie jest, ponieważ w 2015 roku uległa awarii i obecnie jest zamknięta. Spacerując tak brzegiem morza dotarliśmy do starego niemieckiego rozpadającego się mola, jakoś nas ten widok trochę zawiódł, spodziewaliśmy się czegoś lepszego. Według planów z okresu II wojny światowej miała to być zachodnia część falochronu o długości 1600 metrów, ale Niemcy po roku budowy wstrzymali się z tym projektem.




Drogę powrotną z trzeciego mola pokonaliśmy przez las poszukując Baterii Blüchera. Obeszliśmy jej część naziemną, ale
do podziemia już nie wchodziłam, w odróżnieniu oczywiście od mojej drugiej połówki. Te opuszczone bunkry na Helu sprawiły, że miałam jeszcze uraz do wchodzenia do podziemia. A podobno w usteckim bunkrze było bardzo fajnie - no cóż moja strata, ale może jeszcze kiedyś się tam pojawimy i nadrobię te zaległości. Sama bateria budowana była przez Niemców na wydmie przy porcie jeszcze przed II wojną światową i miała mieć ścisły związek z trzecim molem.



Popołudnia jak zwykle spędzaliśmy spacerując po mieście i w porcie, to już chyba taka nasza stała część wypraw nad morze. Lubimy popatrzeć na statki, chociaż nigdy nie skusiliśmy się żeby popłynąć w rejs.



Weszliśmy także na latarnię morską w Ustce - zawsze je odwiedzamy będąc nad morzem. Najpierw trzeba się troszkę namęczyć przy wchodzeniu, ale za to później można podziwiać piękne widoki, z jednej strony morze a z drugiej panoramę miasta.




W Ustce również obserwować można piękne zachody słońca, które chowa się prosto do morza. Bardzo lubię robić takie zdjęcia, są jak z folderu oferującego wycieczki. Pewnego wieczoru skusiliśmy się nawet na puszczenie do nieba lampionu, miał to być lampion szczęścia, oby taki był naprawdę, nasz poszybował bardzo wysoko :)




Planowaliśmy wyskoczyć na jeden dzień do Kołobrzegu, ale szkoda nam było tracić pięknej pogody, więc wybraliśmy
na tę wycieczkę pochmurny dzień. Było wietrznie i zimno, aczkolwiek to nas nie zraziło wcale do zwiedzania. Przeszliśmy spacerkiem od mola do portu i z powrotem, a fale rozbijały się o falochron nie raz atakując nas wodą. Weszliśmy też
na latarnię morską, gdzie strasznie nas wywiało i przespacerowaliśmy się po centrum miasta. Po kilku godzinach dreptania, trochę zziębnięci nie mieliśmy już ochoty na dalsze spacery po Kołobrzegu, więc wróciliśmy do Ustki.




Z tych wakacji przywieźliśmy kilka pamiątek: Pana Gekonka, własnoręcznie zbierane muszelki i tatuaże. Gekonek dalej jeździ w aucie i czasami w trakcie drogi jest wyciągany dla zabawy, muszelki leżą w pudełku, a tatuaże były z henny, więc po dwóch tygodniach nie było już po nich śladu.




Myślę, że do Ustki jeszcze kiedyś wrócimy, bo mnie osobiście bardzo się tam podobało i były to jedne z fajniejszych wakacji. No i przede wszystkim muszę wejść w końcu do Baterii Blüchera.

P.S. Jakoś nie miałam nigdy takiej potrzeby, żeby co roku jeździć nad morze, było mi obojętne gdzie pojedziemy, ważny był tylko wypoczynek i zwiedzanie. Ale ostatnio tak strasznie mi się tęskni za szumem fal, za skrzeczeniem mew i za cudownym piaskiem z naszych plaż, zwłaszcza teraz, kiedy zaczęły się wakacje i znajomi wrzucają na fb zdjęcia z nad morza, a ja mam tę świadomość, że na swoje wakacje muszę czekać do września. Mam nadzieję, że te dwa miesiące szybko miną i będzie
to wspaniała podróż...inna przecież być nie może :) 


Komentarze